Przejdź do treści

Kawa za 100 dolarów i gigantyczne pączki: szalone jedzenie w USA

Ciekawostki o najbardziej ekstremalnym jedzeniu w Stanach Zjednoczonych: kawa za ponad 100 dolarów w San Francisco, chleb i desery za fortunę w Nowym Jorku, gigantyczne pączki i wyzwania jedzeniowe, legendarne i najdziwniejsze miejsca. Z cenami, adresami i informacją, co można spróbować dziś.

Filiżanka kawy za 105 dolarów, bochenek chleba za 60, lody za tysiąc, a obok pączek wielkości głowy i stek, który trzeba zjeść w godzinę, żeby nie płacić. Ameryka potrafi zaskoczyć przy stole na wiele sposobów: rekordowymi cenami, gigantycznymi porcjami i miejscami, które same w sobie stały się legendą.

W tym poradniku zebraliśmy najciekawsze takie miejsca i potrawy. Sprawdziliśmy, gdzie dokładnie są, ile kosztują i czy w 2026 roku nadal działają. Tam, gdzie oferta już zniknęła albo nie udało się potwierdzić, że wciąż jest dostępna, podajemy cenę z konkretnego roku. Ceny w restauracjach często się zmieniają, więc przed wizytą warto je sprawdzić na miejscu lub na stronie lokalu.

W skrócie
  • W kawiarni The Wild Fox w dzielnicy finansowej San Francisco filiżanka rzadkiej brazylijskiej kawy z konkursu Cup of Excellence kosztuje 105 dolarów.
  • W piekarni RYE by Martin Auer w Nowym Jorku bochenek żytniego chleba ważący około 1,5 kilograma kosztuje 60 dolarów.
  • Serendipity 3 w Nowym Jorku ma w karcie kilka pozycji z rekordami Guinnessa, w tym deser za 1000 dolarów i koktajl mleczny za 100 dolarów.
  • W Bob’s Donuts przy Polk Street w San Francisco można spróbować gigantycznego pączka, a w Big Texan w Amarillo stanąć do wyzwania ze stekiem 72 uncje.
  • Na liście są też legendarne miejsca, takie jak Katz’s w Nowym Jorku czy rywalizujące o cheesesteak Pat’s i Geno’s w Filadelfii, oraz polskie akcenty: Pączki Day w Hamtramck, Pierogi Fest w Whiting i nowojorska pierogarnia Pierozek z wyróżnieniem Michelin Bib Gourmand.

Kawa za ponad 100 dolarów

Kiedy Polak w Ameryce słyszy, że gdzieś w San Francisco sprzedają filiżankę kawy za ponad sto dolarów, pierwsza myśl jest prosta: to musi być żart albo chwyt reklamowy. Okazuje się, że nie. Taka kawa naprawdę istnieje, ma swój adres, swoją cenę w menu i swoich – nielicznych, ale prawdziwych – klientów. Co więcej, w historii Zatoki San Francisco były co najmniej dwa miejsca, które sprzedawały kawę za 75–105 dolarów za kubek. Warto je rozróżnić, bo w internecie często się mieszają.

The Wild Fox: 105 dolarów za filiżankę

Najbardziej prawdopodobny kandydat na „kawiarnię z kawą za 105 dolarów” to The Wild Fox, kawiarnia w stylu japońskim przy 123 Battery Street w dzielnicy finansowej San Francisco (Financial District), mniej więcej przecznicę od stacji Embarcadero, tuż obok konsulatu Japonii. Prowadzi ją małżeństwo Rich Lee i Liza Otanes, znani w środowisku kawowym ze Spro Coffee Lab. Lokal zajął miejsce dawnej kawiarni Illy, która zamknęła się jeszcze przed pandemią i przez sześć lat stała pusta – nowi właściciele wynajęli ją w ramach miejskiego programu Vacant to Vibrant, który ma ożywiać opustoszałe witryny w śródmieściu.

Co do daty otwarcia, źródła się różnią. Lokalny serwis 48hills pisał w grudniu 2025 r., że kawiarnia, wtedy jeszcze jako pop-up, miała „miękkie otwarcie” 12 listopada 2025 r. „San Francisco Chronicle” w marcu 2026 r. podawał, że działa od grudnia 2025 r., a branżowy serwis Sprudge w lipcu 2026 r. cytował właściciela, że otworzyli się „na początku 2026 roku”. Bezpiecznie można więc powiedzieć: koniec 2025 roku, z pełnym startem na przełomie 2025 i 2026 roku.

Najdroższa pozycja w menu kosztuje 105 dolarów za filiżankę i „San Francisco Chronicle” opisał ją jako najdroższą filiżankę kawy w Zatoce San Francisco. Dla porównania – zwykła kawa z ekspresu przelewowego kosztuje tam 4,75 dolara, cortado 5,75 dolara, a kawy parzone ręcznie (pour-over) zaczynają się od 9 dolarów. Kawa z Gwatemali kosztowała 11, a z Kolumbii 16 dolarów (ceny z marca 2026 r. według „Chronicle”). Między „zwykłą droższą kawą” a pozycją za 105 dolarów jest więc przepaść.

Skąd pochodzi kawa za 105 dolarów

To nie jest kawa z Panamy ani słynna odmiana Gesha, jak można by się spodziewać. Ziarno pochodzi z Brazylii, ze stanu Minas Gerais, z regionu Cerrado Mineiro, a zebrano je w 2024 roku. Wygrało ono brazylijską edycję konkursu Cup of Excellence 2024 w kategorii eksperymentalnej, z oceną 93,14 punktu na 100. Według oficjalnych wyników organizatora konkursu, Alliance for Coffee Excellence, była to odmiana Arara od producenta Bioma Café, przetwarzana metodą fermentacji beztlenowej. „Chronicle” wyjaśnia, że owoce kawowca fermentowały przez 72 godziny w zbiornikach pozbawionych tlenu – to zabieg, który daje bardziej owocowy, intensywny smak.

Z takim samym wynikiem na szczycie tej kategorii znalazły się dwie partie po 90 kilogramów (oznaczone jako 1A i 1B), sprzedane na aukcji internetowej. Jedną z nich kupiła japońska palarnia Glitch Coffee z Tokio – za 104,10 dolara za funt, czyli łącznie 20 653,44 dolara. To właśnie Glitch pali tę kawę w Tokio i wysyła ją do San Francisco. Poza kawą domową The Wild Fox sprowadza kawy palone w Japonii, z palarni Glitch, Oubaitouri i Koloro, kilka razy w tygodniu.

Sama cena aukcyjna – około 104 dolarów za funt surowego ziarna – nie tłumaczy jeszcze ceny filiżanki. Do kawiarni trafia już kawa palona, kupiona od japońskiej palarni (z jej marżą), przewieziona przez ocean i zużywana w porcjach po 23 gramy na filiżankę o pojemności 12 uncji. Rich Lee szacował w rozmowie z „Chronicle”, że koszt jednej filiżanki to „spokojnie ponad 80 dolarów”. Tego wyliczenia nie da się niezależnie sprawdzić, więc warto traktować je jako deklarację właściciela.

„Te kawy uprawia się z myślą o konkursach, a nie jako towar masowy” – mówił Rich Lee „San Francisco Chronicle”.

Jak się ją podaje

Kawa za 105 dolarów nie wychodzi z wielkiego ekspresu. Parzy się ją ręcznie metodą pour-over w ceramicznym zaparzaczu Hario Switch. Obsługa najpierw ogrzewa zaparzacz i karafki, żeby kawa nie traciła temperatury. Ciekawostką jest to, że ziarno przechowuje się w zamrażarce i mieli prosto z niej – właściciele twierdzą, że zamrożona kawa dłużej zachowuje świeżość, a mielona na zimno daje słodszy napój z wyraźniejszą kwasowością. Do każdego napoju dołączana jest karteczka z pochodzeniem ziarna, nazwą palarni i datą palenia.

Ile osób faktycznie zamawia taką kawę? W marcu 2026 r. Lee mówił, że od otwarcia sprzedali siedem filiżanek, a ostatnią mniej więcej dwa tygodnie wcześniej. W lipcu 2026 r. Sprudge pisał, że kawa z Brazylii za 105 dolarów wciąż jest w menu, obok nawet pięciu innych kaw z konkursów Cup of Excellence naraz, a kawy parzone ręcznie od pół roku są w The Wild Fox najlepiej sprzedającą się pozycją. Na początku listopada 2026 r. o kawiarni znów zrobiło się głośno: według serwisu First for Money, który powołuje się na materiał wideo CNN, reporter w ślepym teście wolał zwykłą kawę za około 5 dolarów od tej za 105. To dobra przestroga – droższa kawa nie musi każdemu smakować bardziej.

W praktyce, jeśli ktoś chce spróbować, warto zapytać przy ladzie, czy ta konkretna kawa jest jeszcze dostępna. Partie konkursowe są małe i kiedyś się kończą – a wtedy w menu zwykle pojawia się kolejna, w innej cenie.

Klatch Coffee: 75 i 100 dolarów w 2019 roku

Zanim pojawił się The Wild Fox, rekordy w San Francisco biła Klatch Coffee, rodzinna palarnia z Rancho Cucamonga w południowej Kalifornii, prowadzona przez Mike’a i Heather Perry. Wiosną 2019 r. Klatch otworzyła swoją pierwszą kawiarnię w San Francisco, na rogu ulic Franklin i Bush, przy wsparciu miejscowego inwestora Bo Thiary.

Już w maju 2019 r. lokal zrobił się sławny w całym kraju. Klatch sprzedawała tam filiżankę kawy Elida Geisha Natural 803 za 75 dolarów. Nazwa pochodziła od ceny: na aukcji Best of Panama w 2018 r. ziarno z farmy Elida osiągnęło rekordowe wówczas 803 dolary za funt. Klatch kupiła 10 funtów z około 100 dostępnych na świecie, co według Bo Thiary, współwłaściciela kawiarni w San Francisco, miało wystarczyć na mniej więcej 80 filiżanek. Kawa była parzona ręcznie, a do degustacji dołączano wypieki i pamiątkowy kubek. Według NBC Bay Area zapas wyprzedał się już w poniedziałek po weekendowej degustacji.

Kilka miesięcy później, latem 2019 r., Klatch podbiła stawkę. Kupiła ziarno Elida Geisha 1029, zwycięzcę Best of Panama 2019, za 1029 dolarów za funt. Kawa pochodziła z farm rodziny Lamastus w Boquete w Panamie i była suszona specjalną metodą beztlenową (anaerobic slow dry). W konkursie dostała rekordową wówczas ocenę 95,25 punktu. Klatch zapowiedziała biletowane degustacje w Rancho Cucamonga i w San Francisco, a cenę jednej filiżanki szacowała na około 100 dolarów. W sprzedaży internetowej porcja 18 gramów ziarna z instrukcją parzenia i kubkiem kosztowała 100 dolarów. We wrześniu 2019 r. stacja ABC7 robiła ślepy test „kawy za 100 dolarów” z Klatch.

Ważna uwaga: na oficjalnej stronie Klatch (stan na listopad 2026 r.) lista kawiarni obejmuje tylko lokale w południowej Kalifornii, a kawiarni w San Francisco już na niej nie ma. Ceny 75 i 100 dolarów za filiżankę dotyczą 2019 roku. Jeśli więc ktoś pamięta „kawę za sto dolarów w San Francisco” sprzed kilku lat, mógł chodzić o Klatch. Jeśli chodzi o obecną cenę 105 dolarów – to The Wild Fox.

Dlaczego kawa w ogóle może tyle kosztować

Na co dzień kawa to towar giełdowy. W sierpniu 2025 r., w dniu rekordowej aukcji Best of Panama, cena kawy na rynku wynosiła około 2,98 dolara za funt. Na drugim końcu skali są mikropartie konkursowe, sprzedawane na aukcjach po kilkanaście czy kilkadziesiąt kilogramów. Na ich cenę składa się kilka rzeczy.

  • Odmiana. Najbardziej ceniona jest Gesha (pisana też Geisha), odmiana o kwiatowym, herbacianym smaku, z nutami jaśminu i owoców. Najdroższe na aukcjach Geshe pochodzą z Panamy, między innymi z okolic miasteczka Boquete.
  • Konkursy i aukcje. W konkursach takich jak Best of Panama czy Cup of Excellence międzynarodowi sędziowie oceniają kawy w ciemno, a najlepsze partie idą pod młotek. Kupują je palarnie z Azji, Bliskiego Wschodu i USA, które potem chwalą się „zwycięzcą” u siebie.
  • Bardzo małe partie. Rekordowa partia z aukcji Best of Panama 2025 ważyła 20 kilogramów. Kiedy kilkadziesiąt firm licytuje tak małą ilość, cena szybko rośnie.
  • Obróbka. Eksperymentalne metody, takie jak fermentacja beztlenowa czy powolne suszenie bez dostępu tlenu, zmieniają smak kawy i wyróżniają ją w konkursach.

Skala tych cen robi wrażenie. W sierpniu 2025 r. na aukcji Best of Panama mytą Geshę z farmy Hacienda La Esmeralda, ocenioną na rekordowe 98 punktów, sprzedano za 30 204 dolary za kilogram. Cała 20-kilogramowa partia poszła za 604 080 dolarów, po 549 ofertach, a kupiła ją firma Julith Coffee z Dubaju. Rok wcześniej rekord wynosił 10 013 dolarów za kilogram i należał do kawy z farm rodziny Lamastus – tej samej, od której Klatch kupowała ziarno w 2019 roku. Nie wszystkim się to podoba: według magazynu Fresh Cup rekord wywołał też krytykę, a padały głosy, że takie pieniądze mogłyby raczej wesprzeć potrzebujące społeczności plantatorów.

Ta rekordowa kawa z 2025 r. trafiła do Dubaju, nie do USA. Nie znaleźliśmy wiarygodnie udokumentowanej amerykańskiej kawiarni, która w latach 2025–2026 sprzedawałaby filiżanki z tej partii. W Stanach najlepiej opisanym przykładem kawy za ponad 100 dolarów pozostaje więc The Wild Fox w San Francisco.

Inne drinki za fortunę

Kawa to tylko początek. W Ameryce, gdzie wszystko musi być „największe” i „najdroższe”, od lat powstają napoje, które bardziej przypominają biżuterię niż coś do picia. Część z nich naprawdę jest w menu, część była jednorazowym pokazem dla mediów, a o niektórych trudno dziś powiedzieć, czy ktokolwiek jeszcze je poda. Poniżej te najlepiej udokumentowane – z rokiem źródła i tym, co wiadomo o ich obecnym statusie.

Serendipity 3 w Nowym Jorku: czekolada za 25 tysięcy i koktajl mleczny za 100 dolarów

Serendipity 3 to nowojorska instytucja działająca od 1954 roku. Główny lokal mieści się na Upper East Side, przy 225 East 60th Street, a drugi przy 157 West 47th Street na Times Square. Restauracja słynie z deseru-napoju o nazwie Frrrozen Hot Chocolate – mrożonej gorącej czekolady, czyli czegoś pomiędzy czekoladą do picia a gęstym koktajlem. W menu z 2026 roku klasyczna wersja kosztuje 15,95 dolara, a obok niej jest kilkanaście wariantów: z masłem orzechowym, miętą, słonym karmelem, wersja wegańska na kokosie czy dla dorosłych z likierem.

Najsłynniejsza wersja tego napoju nie była jednak tania. 7 listopada 2007 roku Serendipity 3 wprowadziło do menu Frrrozen Haute Chocolate za 25 000 dolarów. Księga Rekordów Guinnessa uznała ją za najdroższy deser świata. Na jej cenę składały się:

  • mieszanka 28 rodzajów kakao, w tym 14 najdroższych i najrzadszych na świecie,
  • 5 gramów jadalnego 23-karatowego złota na wierzchu,
  • kielich wyłożony jadalnym złotem, u którego podstawy umieszczono bransoletkę z 18-karatowego złota z białymi diamentami o łącznej masie 1 karata,
  • złota łyżeczka wysadzana białymi i czekoladowymi diamentami, którą gość mógł zabrać do domu.

Deser przygotowano wspólnie z nowojorskim jubilerem Euphoria New York. Jak widać, większość ceny to biżuteria, nie czekolada. W aktualnym menu restauracji (stan na 2026 r.) tej pozycji już nie ma, więc należy traktować ją jako historię z 2007 roku, a nie ofertę do zamówienia.

Za to w menu wciąż jest osobna sekcja zatytułowana po prostu „Guinness World Records”, z dopiskiem, że pozycje trzeba zamawiać z wyprzedzeniem. Wśród nich jest napój: LUXE Milkshake za 100 dolarów. 20 czerwca 2018 roku, w amerykański Dzień Waniliowego Koktajlu Mlecznego, Guinness uznał go za najdroższy koktajl mleczny świata. Według Guinnessa w środku jest:

  • mleko krów rasy Jersey, cenionych za wysoką zawartość tłuszczu,
  • lody z wanilii z Tahiti i laski wanilii z Madagaskaru,
  • gęsta śmietana typu clotted cream z hrabstwa Devon w Anglii,
  • jadalne 23-karatowe złoto,
  • bita śmietana od krów karmionych trawą,
  • sos karmelowy na mleku oślim, z wenezuelskim kakao i orzechami laskowymi z Piemontu,
  • wiśnie Luxardo z Włoch.

Koktajl podawano w specjalnej szklance ozdobionej ponad 3000 kryształów Swarovskiego. To był siódmy rekord Guinnessa w historii restauracji. W menu z 2026 roku LUXE Milkshake wciąż figuruje w cenie 100 dolarów, obok złotego deseru lodowego Golden Opulence Sundae za 1000 dolarów.

Las Vegas: koktajl Ono za 10 000 dolarów

W Las Vegas symbolem drinkowego przepychu przez lata był Ono, koktajl za 10 000 dolarów serwowany w klubie nocnym XS w kompleksie Wynn Las Vegas. Według ABC News z listopada 2013 roku podstawą był szampan Charles Heidsieck Champagne Charlie z rocznika 1981 i koniak Louis XIII de Rémy Martin w edycji Black Pearl. Napój był przeznaczony dla dwóch osób, a w cenie była biżuteria: srebrne spinki do mankietów z logo XS dla mężczyzny oraz łańcuszek z 18-karatowego białego złota z wisiorkiem z czarną perłą dla kobiety.

Samo zamówienie było przedstawieniem. Według ABC News po złożeniu takiego zamówienia przez salę przechodziła procesja od 10 do 15 kelnerek ze światłami, przy specjalnej muzyce. Do listopada 2013 roku Ono zamówiono w XS 25 razy. Koktajl powstał po to, by XS mógł – jak mówił dyrektor ds. marketingu obu klubów – „przyćmić samych siebie” po siostrzanym lokalu Tryst, który od 2005 roku serwował drink Ménage à Trois za 3000 dolarów.

Nie znaleźliśmy aktualnego, wiarygodnego potwierdzenia, że Ono jest w ofercie XS w latach 2025–2026. Należy więc mówić o nim w czasie przeszłym: w 2013 roku kosztował 10 000 dolarów.

Nowy Jork: martini z diamentem i koniak za tysiące

Najstarszą z tych legend jest Martini on the Rock z hotelu Algonquin przy West 44th Street na Manhattanie – tego samego, w którym w latach dwudziestych spotykał się słynny literacki „Okrągły Stół” z Dorothy Parker. W grudniu 2004 roku prasa informowała, że w hotelu można zamówić martini, w którym zamiast kostki lodu na dnie leży diament. Cena: około 10 000 dolarów. Zamówienie trzeba było złożyć co najmniej 72 godziny wcześniej, a potem spotkać się z hotelowym jubilerem i omówić wielkość i czystość diamentu. Podawano je w hotelowym Blue Bar. Ówczesny dyrektor hotelu, Anthony Melchiorri, mówił, że liczy na panów, którzy w ten sposób będą się oświadczać.

Już w 2015 roku serwis Untapped Cities zauważał, że drinka nie ma na stronie hotelu, a wszystkie późniejsze wzmianki powtarzają dawne informacje. Nie da się więc dziś potwierdzić, czy Algonquin wciąż go przygotowuje. To ciekawostka historyczna z 2004 roku.

Dużo świeższy przykład to Crystal Elite z baru w nowojorskim hotelu Baccarat, należącym do francuskiej marki kryształów. W lipcu 2024 roku magazyn Luxury Travel Magazine opisywał go jako koktajl za 5000 dolarów, a w lutym 2025 roku serwis VinePair umieszczał go z tą samą ceną na czele swojego zestawienia najdroższych koktajli w Nowym Jorku. W środku jest koniak Rémy Martin Louis XIII, rzadki likier Bénédictine z 1920 roku, sok z ekologicznej cytryny, miód manuka z szafranem i gorzka nalewka z czarnej trufli z Périgord. Całość podaje się na lodzie wyciętym w kształt klejnotu, w kryształowym kieliszku Baccarat.

Dla porównania, w tym samym zestawieniu VinePair z 2025 roku inne „luksusowe” koktajle w Nowym Jorku kosztowały znacznie mniej: 65 dolarów za koktajl w słynnym Bemelmans Bar w hotelu Carlyle, 90 dolarów za negroni z butelek z lat siedemdziesiątych w barze Dante czy 495 dolarów za martini z rzadką wódką w The Polo Bar. Między nimi a koktajlem za 5000 dolarów jest więc ogromna różnica.

Chicago: martini za 13 000 dolarów z naszyjnikiem w zestawie

We wrześniu 2024 roku włoska restauracja Adalina przy State Street w Chicago wprowadziła Marrow Martini za 13 000 dolarów. Sam napój to martini na mezcalu Clase Azul z klarowaną wodą z wędzonych pomidorów i oliwą z cytrynową bazylią, podawane pod szklanym kloszem wypełnionym dymem. Wymyślił je Colin Hofer, który w 2022 roku dostał nagrodę dla sommeliera (Sommelier Award) w chicagowskiej edycji Przewodnika Michelin.

Jak łatwo zgadnąć, cenę tłumaczy dodatek: do drinka podaje się diamentowy naszyjnik typu tennis ze 150 diamentami (łącznie około 9 karatów) w 14-karatowym złocie, od jubilera Marrow Fine, który ma sklep piętro niżej. Według CBS Chicago pierwszym klientem był mężczyzna, który zamówił je, by zrobić niespodziankę żonie. Media nazywały je „podobno najdroższym martini w Stanach Zjednoczonych”, ale nikt tego oficjalnie nie potwierdził. Nie znaleźliśmy informacji, czy Marrow Martini nadal jest w menu – to oferta opisana w 2024 roku.

A co z rekordem świata?

Mimo tych wszystkich amerykańskich drinków, oficjalny rekord Guinnessa za najdroższy koktajl nie należy do USA. Trzyma go australijski barman Joel Heffernan i jego koktajl „The Winston”, przygotowany 7 lutego 2013 roku w Club 23 w Melbourne, na bazie koniaku Croizet z 1858 roku. Guinness podaje jego cenę na ok. 12 500–13 400 dolarów, zależnie od przeliczenia. Amerykańskie lokale chętnie mówią o „najdroższym drinku w kraju” albo „na świecie”, ale to zwykle ich własne określenia, a nie oficjalny rekord.

Czy warto?

Uczciwie trzeba powiedzieć, że w większości tych napojów płaci się za opowieść, biżuterię albo rzadkość, a nie za sam smak. Wyjątkiem jest kawa konkursowa – tu za cenę stoi rzadkie ziarno, ale i tak ślepe testy pokazują, że nie każdy wyczuje różnicę. Dla Polonii w USA najprostsza rada brzmi tak: jeśli ktoś chce przeżyć „luksus w filiżance” bez wydawania setek dolarów, w The Wild Fox kawy parzone ręcznie zaczynają się od 9 dolarów, a w Serendipity 3 klasyczna mrożona czekolada kosztuje kilkanaście. Pozycje za tysiące zostawmy tym, którzy chcą coś opowiedzieć wnukom – albo komuś się oświadczyć.

Chleb, pączki i desery za fortunę

Nowy Jork od dawna jest miastem, w którym zwykłe jedzenie potrafi kosztować tyle, co w innych miejscach tygodniowe zakupy. Ale są tu też produkty, przy których nawet zahartowani nowojorczycy przecierają oczy ze zdumienia. Bochenek chleba za 60 dolarów, lody za tysiąc, bajgiel za tysiąc i pizza za 2700 dolarów. Część z tych rzeczy można zamówić dziś, część jest już tylko legendą sprzed lat. Poniżej wyjaśniamy, co jest aktualne, co było jednorazowym wybrykiem i za co właściwie płaci się takie pieniądze.

Bochenek za 60 dolarów: RYE by Martin Auer w SoHo

Jeśli ktoś w ostatnich tygodniach słyszał o „nowojorskiej piekarni, w której chleb kosztuje majątek”, to niemal na pewno chodzi o RYE by Martin Auer. Piekarnia otworzyła się 10 września 2026 roku pod numerem 285 Lafayette Street, na granicy SoHo i Nolity na Manhattanie, i od razu stała się tematem rozmów w amerykańskich i europejskich mediach. Powód jest prosty: pełny bochenek żytniego chleba na zakwasie kosztuje tu 60 dolarów.

Za tę cenę dostaje się naprawdę duży chleb. Bochenek waży około 1,5 kilograma, czyli mniej więcej 3,3 funta. Według „The Korea Times” piekarnia sprzedaje też połówki za 30 dolarów i ćwiartki za 15 dolarów, a według Euronews można kupić również pojedyncze kromki z dodatkami, na przykład z masłem, kremem czekoladowym albo kawiorem. Po przeliczeniu wychodzi około 40 dolarów za kilogram. Dla porównania Euronews przypomina, że przeciętny chleb z niemieckiej piekarni kosztuje nieco ponad 5 euro za kilogram, a tradycyjny chleb na zakwasie w Nowym Jorku zwykle 10–20 dolarów za sztukę.

Za piekarnią stoi rodzina Auerów z austriackiego Grazu, która prowadzi w Austrii ponad 40 punktów. W Austrii porównywalny bochenek kosztuje według „The Korea Times” około 16 dolarów. Skąd zatem prawie czterokrotna różnica? Właściciele tłumaczą ją kosztami i miejscem. Chleb powstaje z ekologicznej mąki żytniej, wody i soli, bez drożdży, na zakwasie, który według koreańskiego dziennika ma ponad 50 lat. Ciasto fermentuje do 24 godzin. „To jedno z najdroższych miast na całym świecie” – mówił Martin Auer w rozmowie z niemiecką agencją dpa i radził krytykom, by sprawdzili, ile kosztuje tu mieszkanie. Do tego dochodzi import składników i dwutonowy piec, sprowadzony według Euronews z Niemiec.

Reakcje są podzielone. W internecie nie brakuje oburzenia – jeden z piekarzy napisał, że cena jest „całkowicie oderwana od rzeczywistości”. Jednocześnie przed sklepem ustawiają się kolejki. Dla Polonii jest w tym pewna ironia: ciemny, kwaśny chleb żytni na zakwasie to coś, co wielu z nas pamięta z domu i co w polskich sklepach w USA kupuje się na co dzień, bez kolejek i za dużo mniejsze pieniądze. Jeśli ktoś chce spróbować, rozsądnie jest zacząć od ćwiartki.

Serendipity 3: restauracja, która kolekcjonuje rekordy Guinnessa

Gdy mowa o rekordowo drogich deserach w USA, prędzej czy później pada nazwa Serendipity 3. Ta kawiarnio-restauracja z Upper East Side, przy 225 East 60th Street, istnieje od połowy lat 50. i słynie przede wszystkim z „Frrrozen Hot Chocolate”, czyli mrożonej czekolady do picia (o rekordowych napojach Serendipity piszemy wyżej). Od 2024 roku działa też druga nowojorska restauracja, przy 157 West 47th Street w okolicy Times Square.

Wizytówką lokalu są jednak także potrawy, które trafiły do Księgi Rekordów Guinnessa. Najsłynniejsza z nich to Golden Opulence Sundae – puchar lodowy za 1000 dolarów, przygotowany z okazji 50-lecia restauracji. Według serwisu The Takeout było to w 2004 roku, choć w innych źródłach pojawiają się też późniejsze daty. Skład brzmi jak katalog delikatesów: trzy gałki lodów z tahitańską wanilią, roztopiona czekolada Amedei Porcelana, kandyzowane owoce z Paryża, deserowy „kawior” i jadalne płatki złota. Deseru nie da się zamówić z marszu – menu restauracji zaznacza, że pozycje rekordowe trzeba zamówić z wyprzedzeniem.

Co ciekawe, aktualne menu Serendipity 3 ma osobną sekcję zatytułowaną „Guinness World Records”, z dopiskiem, że te pozycje trzeba zamówić z wyprzedzeniem. Według strony restauracji (stan z listopada 2026) wygląda to tak:

PozycjaCena w menu (2026)Co wiadomo z innych źródeł
Golden Opulence Sundae1000 dolarówpuchar lodowy ze złotem, rekord z połowy lat 2000.
Le Burger Extravagant295 dolarówrekord Guinnessa ogłoszony w maju 2012 roku
Quintessential Grilled Cheese Sandwich214 dolarówtost z serem Caciocavallo Podolico
Foot Long Haute Dog69 dolarówdługi hot dog w wersji luksusowej
World’s Most Expensive Fries69 dolaróww 2021 roku rekordowe frytki kosztowały 200 dolarów

Burger za 295 dolarów to według Guinnessa japońska wołowina wagyu nasączona masłem z białą truflą, ser cheddar James Montgomery, czarne trufle i jajko przepiórcze sadzone, w bułce posypanej złotem, a na wierzchu blin, crème fraîche i kawior. Z kolei frytki w lipcu 2021 roku zostały uznane przez Guinnessa za najdroższe na świecie. Kosztowały wtedy 200 dolarów: ziemniaki blanszowano w szampanie Dom Pérignon i occie szampańskim, smażono trzykrotnie w gęsim tłuszczu z Francji, posypywano solą truflową, serem Pecorino z truflami, plastrami czarnej trufli i 23-karatowym złotym pyłem, a podawano na kryształowym talerzu Baccarat z sosem Mornay. W obecnym menu frytki z tą samą nazwą kosztują 69 dolarów. Strona nie podaje ich składu, więc nie wiemy, czy to ta sama rekordowa wersja, czy uproszczona – lepiej zapytać przy zamówieniu.

Warto pamiętać o jednym: rekordy Guinnessa w tej kategorii dotyczą potraw dostępnych w normalnej sprzedaży i z czasem bywają pobijane przez inne lokale na świecie. Serendipity 3 to więc przede wszystkim miejsce, gdzie te rekordy wciąż można zamówić, a nie gwarancja, że dziś nic droższego nie istnieje. Dla większości gości wizyta kończy się zresztą na zwykłych pozycjach z karty, a „złote” dania ogląda się jak eksponaty.

Bajgiel za tysiąc dolarów

Bajgiel z serkiem to w Nowym Jorku jedno z najtańszych śniadań. Tym większym zaskoczeniem był w 2007 roku bajgiel za 1000 dolarów w hotelu Westin New York at Times Square. Wymyślił go szef kuchni Frank Tujague. Według opisu z 2017 roku, gdy bajgiel wrócił na krótko do karty (od 1 listopada do 15 grudnia), była to zwykła, lokalnie wypiekana bułka z serkiem kremowym z białą truflą, galaretką z rieslinga z jagodami goji i płatkami złota.

Ta historia ma też drugie dno: dochód ze sprzedaży szedł na cele dobroczynne. W 2017 roku całość przeznaczono na Holy Apostles Soup Kitchen, największą w Nowym Jorku jadłodajnię dla potrzebujących. Magazyn „Fortune”, powołując się na szacunek z 2014 roku, zauważył wtedy, że za cenę jednego takiego śniadania nowojorczyk mógłby przez rok codziennie jeść zwykłego bajgla z serkiem. W 2017 roku była to akcja czasowa. Nie znaleźliśmy potwierdzenia, że można go zamówić w 2026 roku.

Rekordowa pizza ze złotem i kawiorem

Pod koniec 2016 roku restauracja Industry Kitchen przy 70 South Street, przy Maiden Lane, w okolicy South Street Seaport na Dolnym Manhattanie, wprowadziła do menu „24K Pizza” za 2000 dolarów. Na cieście lądował kawior, francuskie trufle, foie gras, angielski ser Stilton i płatki 24-karatowego złota. Szef kuchni Braulio Bunay mówił portalowi DNAinfo, że restauracja „bardzo poważnie traktuje pizzę”, a ciasto leżakuje 48 godzin przed pieczeniem. Według DNAinfo pizza była w menu od listopada 2016 roku, a cenę zainspirowała zamożna Wall Street, która zaczyna się kilka przecznic dalej.

Wkrótce cena wzrosła. 24 kwietnia 2017 roku Księga Rekordów Guinnessa uznała ją za najdroższą pizzę dostępną w sprzedaży – przy cenie 2700 dolarów. Według Guinnessa ciasto jest czarne od atramentu kałamarnicy, a na wierzchu jest biały Stilton, foie gras i trufle z Francji, kawior osetra i kawior Almas oraz płatki 24-karatowego złota. Pizza wciąż jest w karcie: aktualne menu na stronie restauracji (stan z listopada 2026) wymienia „The Guinness World Record 24K Pizza” za 2700 dolarów, z zastrzeżeniem, że trzeba ją zamówić 48 godzin wcześniej. Dla porównania zwykła pizza z pieca opalanego drewnem kosztuje tam 26–29 dolarów.

Złoty pączek z Brooklynu

W styczniu 2016 roku cała Ameryka rozpisywała się o pączku za 100 dolarów z restauracji Manila Social Club w Williamsburgu na Brooklynie. „Golden Cristal Ube Donut” był filipińskim pomysłem na luksus: ciasto z lukrem na bazie szampana Cristal, nadzienie z musem z ube, czyli fioletowego pochrzynu (jamu), a na wierzchu płatki 24-karatowego złota. Lokalne stacje telewizyjne, w tym ABC7 w Nowym Jorku, pokazywały go jako jedną z najdroższych słodkości w mieście.

To dobry przykład, jak szybko starzeją się takie ciekawostki. Wszystkie wiarygodne relacje pochodzą z lat 2015–2016 i nie znaleźliśmy aktualnego potwierdzenia, że pączek jest nadal sprzedawany. Dlatego piszemy o nim w czasie przeszłym: w 2016 roku kosztował 100 dolarów.

Za co się płaci

Gdy przyjrzeć się wszystkim tym przypadkom, wzór jest podobny. Jadalne złoto samo w sobie nie ma prawie żadnego smaku, ale świetnie wygląda na zdjęciach. Prawdziwy koszt robią trufle, kawior, foie gras, japońska wołowina, szampan i rzadka czekolada, a do tego kryształowe naczynia, a czasem nawet biżuteria wliczona w cenę. Drugim składnikiem jest czas: ciasto na chleb z RYE fermentuje do doby, pizza z Industry Kitchen wymaga dwudniowego wyprzedzenia, a desery z Serendipity 3 są robione na specjalne zamówienie. Trzecim – marketing. Rekordowa cena przyciąga telewizję i turystów, którzy potem zamawiają zwykłe pozycje z karty. Niektóre takie dania, jak bajgiel z Westina, były też akcją charytatywną.

Gigantyczne porcje

Druga strona amerykańskiej przesady to nie cena, tylko rozmiar. W USA działa całe zaplecze kulinarnych „wyzwań”: zjesz w określonym czasie – nie płacisz albo dostajesz koszulkę i miejsce na liście zwycięzców. Niektóre z tych miejsc działają od dziesięcioleci i przyciągają turystów z całego świata, inne zniknęły. Oto te najbardziej znane i to, jak wyglądają w 2025–2026 roku.

Bob’s Donuts – pączek wielkości głowy w San Francisco

Kiedy ktoś opowiada o „gigantycznych pączkach z San Francisco”, chodzi prawie na pewno o Bob’s Donuts przy Polk Street. To jedna z najstarszych pączkarni w mieście – działa od lat 50. Rodzina Ahn kupiła ją pod koniec lat 70. i prowadzi do dziś. Lokal przy Polk Street jest otwarty całą dobę, siedem dni w tygodniu, więc po pączka można przyjść zarówno o szóstej rano, jak i o trzeciej w nocy.

Najsłynniejszym produktem jest olbrzymi pączek. Według opisów ma objętość mniej więcej dwunastu zwykłych pączków. Wokół niego powstało wyzwanie: trzeba go zjeść w czasie poniżej trzech minut. Zwycięzca dostaje koszulkę i miejsce w „Hall of Fame”, czyli na liście chwały lokalu. Wyzwanie wymyślono około 2012 roku. Ceny olbrzyma nie podaje ani strona lokalu, ani aktualne relacje prasowe, więc trzeba zapytać na miejscu. Wyzwanie działało także w 2025 roku: na otwarcie nowego lokalu w lutym 2025 roku zaplanowano konkurs jedzenia olbrzymiego pączka, a córka właścicieli Rebekah Ahn mówiła stacji KTVU, że trzy minuty to cel, którego większość osób nie osiąga. Część relacji (na przykład ABC7 z 2025 roku) podaje limit dwóch minut, więc przed próbą warto dopytać o aktualne zasady.

Ważna zmiana adresu: przez dziesięciolecia Bob’s Donuts mieścił się pod numerem 1621 Polk Street. 21 lutego 2025 roku rodzina otworzyła po drugiej stronie ulicy, pod numerem 1720 Polk Street, nowy, większy lokal z kuchnią i miejscami siedzącymi (stary był tylko na wynos). Według prasy z San Francisco stary lokal sprzedawał po raz ostatni pod koniec listopada 2025 roku. Firma ma też punkty przy 601 Baker Street w San Francisco i w Mill Valley, ale klasyczne całodobowe doświadczenie to Polk Street. Poza olbrzymem warto spróbować tamtejszego apple fritter, czyli pączka z jabłkami, który jest drugą wizytówką lokalu.

Big Texan – stek 72 uncje w Amarillo

Najsłynniejsze wyzwanie jedzeniowe w Ameryce czeka w teksańskim Amarillo, w restauracji The Big Texan Steak Ranch. Lokal otwarto w 1960 roku przy historycznej drodze Route 66, a w 1970 roku przeniesiono go nad autostradę międzystanową I-40 – obecny adres to 7701 Interstate 40 Access Road. Restauracja ma około 650 miejsc, a obok działa motel ze stajniami dla koni.

Zasady są wypisane na stronie restauracji. Trzeba zjeść w ciągu godziny cały zestaw: stek ważący 72 uncje (ok. 2 kg), koktajl z krewetek, pieczonego ziemniaka, sałatkę i bułkę z masłem. Płaci się z góry 72 dolary. Jeśli się wygra, pieniądze wracają w całości. Przed startem można przekroić stek i spróbować jednego kęsa, a zegar rusza dopiero po akceptacji wysmażenia. Potem nie wolno wstać od stolika, a jeśli ktokolwiek pomoże w krojeniu czy jedzeniu – zawodnik jest zdyskwalifikowany. Tłuszczu nie trzeba jeść, ale sędziowie go oceniają. Jeśli zawodnikowi zrobi się niedobrze, przegrywa. Resztki można zabrać do domu, ale nie wolno ich dojeść ani rozdać na sali. Oficjalne wyzwanie odbywa się wyłącznie w Amarillo, pod okiem upoważnionego pracownika restauracji.

Statystyki pokazują, jak trudne to zadanie. Według strony restauracji (dane z 3 sierpnia 2026) podjęto 102 756 prób, a wygrało 10 716 osób, czyli około 10 procent – sama restauracja podaje 12 procent, co nie zgadza się z jej własnymi liczbami. Rekordzistką jest Molly Schuyler, zawodowa zawodniczka w konkurencjach jedzenia. Według strony restauracji zjadła cały zestaw w 4 minuty i 22 sekundy (relacje z 2015 roku podają 4 minuty i 18 sekund). Ta sama zawodniczka zjadła też podczas jednego posiedzenia trzy takie zestawy w niecałe 20 minut. Sam stek to według restauracji 4,5 funta polędwicy wołowej typu top sirloin. Wcześniej rekord należał między innymi do Joeya Chestnuta, który w 2008 roku zmieścił się w 8 minutach i 52 sekundach, oraz do Franka Pastore’a, którego wynik 9 minut i 30 sekund z 1987 roku przetrwał 21 lat. Historia wyzwania sięga początku lat 60. (inne źródła podają 1960 rok, strona restauracji 1962). Założyciel restauracji Bob Lee urządził wtedy konkurs dla kowbojów, a zwycięzca zjadł w godzinę cztery i pół funta steku z dodatkami. Lee obiecał, że kto zje tyle samo w jego restauracji, dostanie posiłek za darmo.

Big Lou’s Pizza – 42 cale w San Antonio

Pizzeria Big Lou’s Pizza przy 2048 South W.W. White Road w San Antonio w Teksasie słynie z pizzy o średnicy 42 cali, czyli ok. 107 cm. Według portalu Narcity (artykuł z 2019 roku, aktualizowany w latach 2022–2023) to najpopularniejsza pozycja w menu, a jeden kawałek ma prawie 21 cali długości, czyli ponad pół metra. Ceny wahały się wtedy mniej więcej od 10 do 100 dolarów, zależnie od rozmiaru i dodatków. Był też haczyk: przez internet można było zamówić najwyżej pizzę 37-calową, a największą tylko na miejscu. Pizzeria nadal działa – w kwietniu 2026 roku pokazywała ją lokalna stacja KSAT jako jedną z instytucji południowej części miasta. To raczej jedzenie na rodzinne spotkanie lub imprezę niż porcja dla jednej osoby. Aktualnej ceny 42-calowej pizzy nie udało nam się ustalić z wiarygodnego źródła, a różne zestawienia podają bardzo różne kwoty, więc najlepiej zapytać przy zamówieniu.

Mallie’s – burger cięższy od samochodu (już zamknięte)

Przez prawie dwadzieścia lat w miejscowości Southgate pod Detroit działał Mallie’s Sports Grill, którego właściciel Steve Mallie budował coraz większe hamburgery. Restauracja reklamowała „największego dostępnego w sprzedaży hamburgera na świecie” ważącego ok. 338 funtów (ponad 150 kg), który trzeba było zamówić 72 godziny wcześniej i który kosztował 1999 dolarów. W 2017 roku lokal trafił do Księgi Rekordów Guinnessa z burgerem ważącym 1796 funtów, czyli ok. 815 kg. Jeden z jego olbrzymów pojawił się też w programie „Man v. Food”, gdzie drużyna próbowała zjeść 190-funtowego burgera w dwie godziny i nie dała rady.

Jeśli jednak ktoś planuje wycieczkę do Michigan – za późno. Według „Detroit Free Press” restauracja zamknęła się 27 listopada 2024 roku, w przeddzień Święta Dziękczynienia. Powodem był spadek liczby gości i chęć właściciela, by więcej czasu poświęcić rodzinie.

Cynamonki: od trzech funtów do pół tony

Amerykanie kochają cynamonowe bułki, a niektóre z nich mają rozmiary trudne do uwierzenia. W San Antonio legendą była kawiarnia Lulu’s Bakery and Cafe, która od 1992 roku sprzedawała cynamonki ważące trzy funty (ok. 1,4 kg) – wielkości talerza obiadowego. Zaczęło się od żartu właścicielki Lulu i jej syna Mike’a Behrenda, a skończyło na wizycie Adama Richmana z programu „Man v. Food”. Sama kawiarnia zamknęła się w czasie pandemii i już nie wróciła. Bułka jednak przetrwała: według serwisu The Takeout z 2025 roku Mike Behrend sprzedaje ją w swojej drugiej restauracji, Green Vegetarian Cuisine w San Antonio, i wysyła na terenie USA. Ceny w tym źródle nie podano.

Rekord świata to jednak zupełnie inna skala. Według Księgi Rekordów Guinnessa największa cynamonka na świecie ważyła 521,5 kg (1149,7 funta). Upiekła ją 10 kwietnia 2018 roku firma Wolferman’s w Medford w stanie Oregon, z okazji wprowadzenia do sprzedaży swoich pięciofuntowych cynamonek.

Voodoo Doughnut i koniec wyzwania „Tex-Ass”

Sieć Voodoo Doughnut, która zaczynała w Portland w stanie Oregon i słynie z dziwacznych pączków, przez lata prowadziła własne wyzwanie. Trzeba było zjeść pączka „Tex-Ass” – według tygodnika „Willamette Week” glazurowanego olbrzyma o wadze pół funta (ok. 230 g) i średnicy pięciu cali – w ciągu 80 sekund. Nagrodą był znaczek i darmowy pączek, który kosztował wtedy 4,50 dolara. Tak było do 2017 roku.

W kwietniu 2017 roku w oddziale w Denver 42-letni Travis Malouff udławił się podczas próby i zmarł na miejscu. Biuro lekarza sądowego w Denver jako przyczynę śmierci podało uduszenie z powodu niedrożności dróg oddechowych. Po tej tragedii Voodoo Doughnut zawiesiło wyzwanie we wszystkich siedmiu lokalach w USA i w oddziale w Tajpej na Tajwanie. Nie znaleźliśmy informacji, by je przywrócono, a na obecnej stronie sieci nie ma ani wyzwania, ani pączka „Tex-Ass”. Sieć nadal działa, ale z tej konkretnej atrakcji nie da się już skorzystać.

Zanim spróbujesz – kilka praktycznych rad

Historia z Denver przypomina, że wyzwania jedzeniowe to nie tylko zabawa. Jedzenie na czas oznacza połykanie dużych kęsów bez dokładnego gryzienia, a to realne ryzyko zadławienia. Kto chce spróbować swoich sił, powinien jeść z kimś obok, popijać i nie dać się ponieść widowni. Nawet regulamin Big Texan wprost przewiduje pojemnik na wypadek, gdyby żołądek się zbuntował.

  • Dzwoń przed wizytą. Rekordowe dania często wymagają zamówienia z wyprzedzeniem (na przykład w Serendipity 3), a ceny się zmieniają.
  • Sprawdzaj adres. Bob’s Donuts przeniósł się na drugą stronę Polk Street, a niektóre słynne lokale, jak Mallie’s czy kawiarnia Lulu’s, już nie istnieją.
  • Licz dodatki. W USA do ceny z menu dolicza się podatek i napiwek. Przy deserze za tysiąc dolarów to już spora kwota.
  • Nie musisz wydawać fortuny, by zobaczyć legendę. W Serendipity 3 można zamówić coś zwykłego z karty, w RYE ćwiartkę chleba, a w Big Texan zjeść normalnego steka i tylko popatrzeć na śmiałków przy specjalnym stole.

Najdziwniejsze i najbardziej legendarne miejsca

Nie wszystko, co w amerykańskiej kuchni szalone, mierzy się ceną albo wielkością porcji. Są miejsca, które przeszły do legendy, bo przetrwały ponad sto lat, bo pokłóciły się z sąsiadem o jedną kanapkę, bo agencja rządowa używa ich jako miernika kataklizmów albo bo urządziły cmentarz dla lodów. Poniżej wybór takich adresów – z informacją, co nadal działa w 2026 roku, a co już przeszło do historii.

Katz’s Delicatessen – legenda Lower East Side

Na rogu East Houston Street i Ludlow Street na nowojorskim Lower East Side, pod numerem 205, działają delikatesy, które same przedstawiają się jako najstarsze w Nowym Jorku. Według kroniki prowadzonej przez Katz’s interes założyli w 1888 roku bracia Morris i Hyman Iceland. W 1903 roku dołączył Willy Katz i szyld zmienił się na „Iceland & Katz”, a w 1910 roku jego kuzyn Benny wykupił braci Iceland. Historyk kulinarny Robert F. Moss zwraca jednak uwagę, że według dokumentów z Ellis Island bracia Iceland przypłynęli do Ameryki dopiero w 1902 roku – data 1888 jest więc tradycją firmy, a nie bezspornym faktem.

Gwiazdą jest pastrami na żytnim chlebie, krojone ręcznie. Skala robi wrażenie: według zestawień opartych na danych lokalu Katz’s wydaje tygodniowo około 15 000 funtów (ok. 6800 kg) pastrami, 8000 funtów peklowanej wołowiny i 4000 hot dogów. W serwisie zamówień z dostawą kanapka z pastrami kosztowała w listopadzie 2026 roku 28,95 dolara – na miejscu cena może być inna, a menu stacjonarne nie podaje kwot w wersji internetowej.

Lokal ma też swoje rytuały. Przy wejściu każdy dostaje numerowany bilecik, na którym pracownicy przy kolejnych stanowiskach dopisują zamówienia. Kto go zgubi, płaci karę 50 dolarów – w ten sposób kierownictwo zniechęca do podmieniania biletów na tańsze. Podczas II wojny światowej, gdy synowie właścicieli służyli w wojsku, lokal spopularyzował hasło „Send a salami to your boy in the army” (wyślij salami synowi w wojsku), które do dziś wisi na ścianach (kto je wymyślił, źródła podają różnie). A stolik, przy którym Meg Ryan w filmie „Kiedy Harry poznał Sally” (1989) odegrała słynną scenę, zakończoną kwestią „Poproszę to samo, co ona”, jest oznaczony tabliczką.

Pat’s kontra Geno’s – wojna o cheesesteak w Filadelfii

W południowej Filadelfii, na skrzyżowaniu 9th Street i Passyunk Avenue, naprzeciwko siebie stoją dwa lokale, które od dekad toczą spór o to, kto robi najlepszy cheesesteak – bułkę z cienko krojoną, smażoną wołowiną i serem. Pat’s King of Steaks (1237 E Passyunk Ave, przy 9th i Wharton) twierdzi, że to ich założyciel, Pat Olivieri, wymyślił tę kanapkę w 1930 roku. Według historii opisanej przez sam lokal Olivieri prowadził budkę z hot dogami przy targu Italian Market, pewnego dnia usmażył sobie na lunch posiekane mięso i włożył je do włoskiej bułki z cebulą. Taksówkarz, który codziennie kupował u niego hot doga, zażądał takiej samej kanapki i miał powiedzieć: „Zapomnij o hot dogach, sprzedawaj to”. Ser dodano później. Lokal do dziś prowadzi rodzina Olivierich.

Po drugiej stronie ulicy świeci neonami Geno’s Steaks, założony w 1966 roku przez Joeya Vento. Oba lokale są otwarte całą dobę, siedem dni w tygodniu, i oba przyciągają turystów, którzy często zamawiają u obu, żeby samodzielnie rozstrzygnąć spór. W cenniku Pat’s (stan z listopada 2026) zwykły cheesesteak kosztuje 19 dolarów, wersja z podwójnym serem 20, a z pieczarkami, papryką i sosem pizzowym do 22 dolarów.

Ważne jest, jak zamawiać, bo kolejka idzie szybko i nikt nie lubi niezdecydowanych. Pat’s instruuje na swojej stronie: najpierw powiedz, czy chcesz z cebulą („wit”), czy bez („wit-out”), potem wybierz ser – Cheez Whiz (ser w sosie), provolone, American albo Cooper Sharp. Potem przygotuj pieniądze. „Gotówka jest królem” – płatność kartą obciążona jest dopłatą. Zamówienie w stylu miejscowych brzmi więc na przykład „one Whiz wit”, czyli jeden z Cheez Whiz i cebulą.

Waffle House Index – bar, który mierzy katastrofy

Waffle House to sieć tanich, całodobowych barów śniadaniowych, rozsianych głównie po amerykańskim Południu. Słynie z tego, że niemal nigdy nie zamyka drzwi – i właśnie dlatego stała się nieoficjalnym miernikiem klęsk żywiołowych. Pomysłodawcą „indeksu Waffle House” był Craig Fugate, były szef FEMA, federalnej agencji zarządzania kryzysowego. W audycji radia NPR wyjaśniał to krótko: „Jeśli Waffle House jest otwarty, wszystko jest w porządku”.

Skala ma trzy kolory. Zielony oznacza lokal otwarty z pełnym menu. Żółty – lokal otwarty, ale z ograniczonym menu, bo zabrakło prądu albo dostaw. Czerwony – lokal zamknięty, a skoro zamknął się Waffle House, sytuacja musi być poważna. Sieć ma własne procedury kryzysowe: przed huraganem Florence w 2018 roku rzecznik firmy Pat Warner opowiadał NPR o „jump teams”, ekipach z agregatami prądotwórczymi i zapasami paliwa, które wjeżdżają w rejon katastrofy, żeby jak najszybciej znów uruchomić grille. „Jeśli otwieramy się szybko, to dobry znak, że społeczność też szybko się podniesie” – mówił. Warto jednak pamiętać, że to ciekawostka, a nie oficjalne narzędzie: sama FEMA podkreśla, że do oceny sytuacji po burzy używa wielu innych wskaźników.

In-N-Out i burger ze stu kotletów

Kalifornijska sieć In-N-Out ma krótkie oficjalne menu i słynne „nie całkiem tajne menu”, z którego można zamówić np. burgera 4x4 – cztery kotlety i cztery plastry sera. Właśnie ten limit ma swoją legendę. Według opisu w serwisie Chowhound w Halloween 2004 roku grupa przyjaciół w Las Vegas zamówiła burgera 100x100: sto kotletów i sto plastrów sera. Na paragonie zapisano go jako „double” z 98 dodatkowymi kotletami i serem, za łączną kwotę 97,66 dolara z podatkiem. Taki burger miał około 20 000 kalorii. Ten wybryk uchodzi za powód, dla którego sieć ograniczyła największy burger do 4x4. Sama firma nie potwierdza tego publicznie, więc to raczej dobrze udokumentowana anegdota niż oficjalna historia. Dziś burgera 100x100 nie da się zamówić.

Heart Attack Grill – „szpitalna” restauracja, której już nie ma

Przez lata obowiązkowy przystanek turystów w Las Vegas, dziś już historia. Heart Attack Grill, restauracja w kompleksie Neonopolis w centrum miasta, zbudowała całą markę na żartach z niezdrowego jedzenia. Kelnerki przebrane były za pielęgniarki, goście, którzy nie dokończyli posiłku, dostawali klapsa drewnianą łopatką, osoby ważące ponad 350 funtów (ok. 159 kg) jadły za darmo, a kto zjadł „Triple” albo „Quadruple Bypass Burger”, był wywożony z lokalu na wózku inwalidzkim przez „osobistą pielęgniarkę”. Najsłynniejszą pozycją był „Octuple Bypass Burger”, według mediów liczący około 19 000 kalorii. Nie zawsze było zabawnie – w 2012 roku, jak informowała stacja CBS, jeden z gości miał zawał serca po zjedzeniu burgera „Triple Bypass”.

W maju 2026 roku restauracja została zamknięta. Właściciel Jon Basso nie przedłużył umowy najmu, a w komunikacie, który wisi dziś na stronie lokalu, obwinia kasyna i „korporacyjną chciwość” za to, że Las Vegas stało się za drogie dla klasy średniej. Właściciel Neonopolis potwierdził zamknięcie, wskazując na spadek ruchu turystycznego i wysokie koszty. Lokal działał w Las Vegas od 2011 roku, wcześniej w Arizonie. Basso zapowiada, że szuka nowej lokalizacji, ale na dziś – listopad 2026 – nie ma gdzie zjeść „bypassowego” burgera.

Fabryka ciasteczek z wróżbą w zaułku San Francisco

W wąskim zaułku Ross Alley w chińskiej dzielnicy San Francisco, pod numerem 56, od 1962 roku działa Golden Gate Fortune Cookie Factory. To maleńka manufaktura, w której ciasteczka z wróżbą robi się ręcznie, na żeliwnym, obracającym się kole z formami do pieczenia. Według właścicieli powstaje tu do 10 000 ciasteczek dziennie. Można zajrzeć, jak pracownice błyskawicznie zawijają karteczki w jeszcze ciepłe, miękkie krążki ciasta, spróbować niezłożonego ciastka, kupić torbę na pamiątkę albo zamówić ciasteczka z własnym tekstem. Oprócz klasycznych są wersje czekoladowe, truskawkowe i z zieloną herbatą. Fabryka jest otwarta codziennie od 9 do 18.

Największą niespodzianką jest jednak samo pochodzenie ciasteczek. W Chinach praktycznie się ich nie zna. Dziennikarka „New York Timesa” Jennifer 8. Lee, autorka wydanej w 2008 roku książki „The Fortune Cookie Chronicles”, wskazywała, że ciasteczka z wróżbą wywodzą się z Japonii, a do Ameryki przywieźli je japońscy imigranci. „Ludzie uważają je za chińskie, ale w gruncie rzeczy są na wskroś amerykańskie” – podsumowywała w rozmowie z radiem NPR. W swojej książce opisała też, jak w 2005 roku szczęśliwe numery z ciasteczek dały wygrane 110 graczom loterii Powerball, oraz że zdecydowana większość wróżb w USA pochodzi z dwóch źródeł: firmy Wonton Food z Nowego Jorku i jednego autora pracującego w kalifornijskim magazynie.

Cmentarz smaków Ben & Jerry’s w Vermont

Na wzgórzu za fabryką lodów Ben & Jerry’s w Waterbury w stanie Vermont znajduje się prawdziwy cmentarz – z granitowymi nagrobkami, datami „urodzin” i „śmierci” oraz żartobliwymi epitafiami. Leżą na nim smaki lodów wycofane ze sprzedaży. Cmentarz powstał w 1997 roku i zaczynał od czterech nagrobków: Dastardly Mash, Economic Crunch, Ethan Almond i Tuskegee Chunk. Z czasem dołączały kolejne, m.in. Oh Pear (1997), Urban Jumble (2000–2001) i Makin’ Whoopie Pie (2002–2003).

Rzecznik firmy Sean Greenwood, który nosił oficjalny tytuł „Grand Poobah of Publicity”, recytował w 2012 roku reporterowi NPR epitafium smaku Rainforest Crunch (1989–1996), mniej więcej tak: „Z bólem serca i ciężkim westchnieniem żegnamy Rainforest Crunch – ten orzechowy krokant z egzotycznych stron kleił się do naszych aparatów na zęby”. Opowiadał też, że fani przychodzą tu z kwiatami, a niektórzy klękają przy nagrobkach. Smaki znikają z różnych powodów – bo nie przyjęły się w sprzedaży, bo składnik zrobił się za drogi albo produkcja za skomplikowana. Fabrykę w Waterbury, według serwisu Tasting Table, odwiedza ponad 350 000 osób rocznie. Przed przyjazdem warto sprawdzić aktualne zasady zwiedzania na stronie firmy.

Jarmarki stanowe – smażone masło i smażony Kool-Aid

Letnie i jesienne jarmarki stanowe (state fairs) to amerykańskie święto wszystkiego, co da się wrzucić do frytownicy. Najbardziej znane są targi State Fair of Texas w Dallas, gdzie od 2005 roku przyznaje się nagrody Big Tex Choice Awards za najbardziej pomysłowe smażone dania. Królem tej konkurencji jest Abel Gonzales Jr., którego dziennik „Dallas Observer” nazwał żartobliwie „smażonym Jezusem”. W pierwszym roku konkursu wygrał smażoną kanapką z masłem orzechowym, dżemem i bananem, w drugim – smażoną coca-colą, w trzecim – smażonym surowym ciastem na ciasteczka. W piątym roku, czyli w 2009, triumfował najsłynniejszym ze swoich wynalazków: smażonym masłem – zamrożonymi kulkami masła w cieście, wrzuconymi na chwilę do gorącego tłuszczu.

Na Zachodnim Wybrzeżu podobną sławę zdobył Charlie Boghosian, znany jako „Chicken Charlie”. W czerwcu 2011 roku na jarmarku San Diego County Fair zadebiutował jego smażony Kool-Aid – kulki ciasta z dodatkiem proszku do napoju Kool-Aid, smażone na głębokim tłuszczu. Do stoiska ustawiały się kolejki. Boghosian smażył też m.in. ciasteczka Oreo (to jego ulubiony wynalazek), batony lodowe Klondike, Twinkie, a nawet cheeseburgery z sieci White Castle.

Regionalne dziwactwa – „ostrygi” z Gór Skalistych i scrapple

Kto w Denver zamówi Rocky Mountain oysters, czyli „ostrygi z Gór Skalistych”, nie dostanie owoców morza. To bycze jądra, krojone w cienkie plastry, obtaczane w mące i smażone na głębokim tłuszczu. Najsłynniejszym adresem jest Buckhorn Exchange, restauracja otwarta w 1893 roku i uważana za najstarszą w Denver, ze ścianami pełnymi wypchanych zwierząt. W lipcu 2026 roku jej dyrektor Anthony Perez mówił stacji Denver7, że goście najpierw pytają z niedowierzaniem, czy to nie są ostrygi z morza, a potem i tak próbują – i że danie jest obecnie najlepiej sprzedającą się pozycją w karcie. Szef kuchni Cesar Garcia zdradził, że przed krojeniem zdejmuje się z nich skórkę, żeby nie były gumowate. Restauracja szczyci się też tym, że ma licencję alkoholową nr 1 w Kolorado.

Na wschodnim wybrzeżu, w Pensylwanii, Delaware i Marylandzie, na śniadanie je się scrapple – tradycyjną potrawę Niemców pensylwańskich, zwanych Pennsylvania Dutch (w tym amiszów i menonitów). To rodzaj kaszanki w kostce: resztki wieprzowiny i podrobów gotowane z mąką kukurydzianą, mąką pszenną lub gryczaną i przyprawami, studzone w formie, a potem krojone w plastry i smażone na chrupko. Scrapple ma nawet swój festiwal: Apple-Scrapple Festival w miasteczku Bridgeville w Delaware, którego 34. edycja odbyła się 9–10 października 2026 roku i według organizatorów przyciągnęła 15–20 tysięcy gości. W tym samym miasteczku od 1926 roku działa wytwórnia RAPA, którą organizatorzy festiwalu nazywają największym producentem scrapple na świecie.

Polonijne legendy – pączki w Hamtramck i Pierogi Fest w Whiting

Dla Polaków w USA jedna z najbardziej zaskakujących tradycji to amerykański Paczki Day. W Polsce pączki je się w Tłusty Czwartek, a w USA – we wtorek przed Środą Popielcową, czyli w Fat Tuesday. Stolicą tego święta jest Hamtramck w aglomeracji Detroit, miasto z głębokimi polskimi korzeniami. Najsłynniejsza piekarnia, New Palace Bakery przy Joseph Campau Avenue, w Paczki Day otwiera się o 3 w nocy. Reporterzy stacji WXYZ, którzy relacjonowali to święto 17 lutego 2026 roku, zanotowali, że pierwsza osoba stanęła w kolejce o 0:15, prawie trzy godziny przed otwarciem, a kolejka ciągnęła się wzdłuż całej przecznicy. Niektórzy przychodzą prosto z nocnych imprez. Piekarnia co roku wprowadza nowy smak – w 2026 roku był to „Cinnacream” w stylu bułki cynamonowej – obok klasyków z budyniem i malinami. Sprzedaje pączki na pudełka, żeby kolejka szła szybciej, a rodzina właścicieli przyznaje, że w ten dzień nie są w stanie policzyć, ile ich wypiekają.

Latem centrum polonijnego świętowania przenosi się do Whiting w stanie Indiana, nad jeziorem Michigan, niedaleko Chicago. Pierogi Fest przyciąga według organizatorów prawie 300 000 gości rocznie i jest trzecim co do wielkości festiwalem w stanie. Edycja 2026 odbyła się 24–26 lipca, jak zawsze na 119th Street. To impreza z przymrużeniem oka: maskotka Mr. Pierogi, chodzące, naturalnej wielkości polskie wypieki, panie przebrane za babcie („buscias”) w podomkach i chustkach na głowie oraz „brygada kosiarek” – panowie maszerujący z kosiarkami w sandałach i skarpetkach, jak ich ojcowie. W 2025 roku, jak podawała stacja CBS Chicago, na festiwalu działało ponad 75 stoisk z jedzeniem i dwa ogródki piwne. Organizatorzy opowiadają przy tym oficjalną legendę: Mr. Pierogi twierdzi, że festiwal powstał w połowie lat 90., gdy Mrs. Pierogi porzuciła go dla Mr. Kielbasy.

Pierozek – pierogi z wyróżnieniem Michelin na Greenpoincie

Polski akcent ma też nowojorski przewodnik Michelin. Na Greenpoincie na Brooklynie, w dzielnicy nazywanej Małą Polską, pod adresem 592 Manhattan Avenue działa Pierozek, pierogarnia prowadzona przez małżeństwo Alexandrę i Radka Kucharskich. W przewodniku MICHELIN USA 2025 restauracja otrzymała wyróżnienie Bib Gourmand, które Michelin przyznaje za dobrą kuchnię w rozsądnej cenie. To nie jest gwiazdka Michelin, ale i tak spore wyróżnienie: w artykule z kwietnia 2025 roku przewodnik nazwał Pierozek swoją jedyną polską restauracją w Ameryce.

Według Michelin w Pierozku lepi się ręcznie od 1000 do 3000 pierogów dziennie. Obok najbardziej tradycyjnych, z ziemniakami i serem, są pierogi z kapustą i grzybami, z mięsem czy ze szpinakiem, a także lokalne pomysły, na przykład pierogi z jalapeño, które restauracja przygotowała najpierw tylko na jeden dzień, z okazji meksykańskiego święta Cinco de Mayo. W karcie są też barszcz i kiełbasa, a jedzenie podaje się na ceramice z Bolesławca. Michelin przytacza nawet restauracyjny rekord: jeden gość zjadł 88 pierogów. Właściciele mówią, że ich cel był prosty: otworzyć autentyczną polską pierogarnię z pierogami lepionymi ręcznie.

Ciekawostki

  • Amerykanie zjadają według szacunków National Hot Dog and Sausage Council około 20 miliardów hot dogów rocznie, czyli mniej więcej 70 na osobę. W samych sklepach kupują ich 350 milionów funtów, co daje około 9 miliardów sztuk.
  • Rekordy konkursu jedzenia hot dogów Nathan’s Famous, rozgrywanego 4 lipca na nowojorskim Coney Island, to 76 hot dogów z bułkami w 10 minut (Joey Chestnut, 2021) i 51 sztuk wśród kobiet (Miki Sudo, 2024). W 2026 roku Chestnut wygrał po raz osiemnasty z wynikiem 66, a Sudo po raz dwunasty z wynikiem 38,75.
  • Największa pizza świata według Księgi Rekordów Guinnessa powstała 19 stycznia 2023 roku w Los Angeles. Miała 1296,72 metra kwadratowego, a zużyto na nią 6193 kg ciasta, 3992 kg sera i około 630 496 plasterków pepperoni.
  • Największy piernikowy dom świata, według Guinnessa, stanął w Los Angeles 18 grudnia 2025 roku. Miał 1269,67 metra sześciennego kubatury i był kopią domu rodziny McCallisterów z filmu „Kevin sam w domu”, zbudowaną na 35-lecie filmu.
  • Firma Hershey podaje, że produkuje ponad 80 milionów czekoladek Hershey’s Kisses dziennie – około 60 000 na minutę. Czekoladki istnieją od 1907 roku, a do 1921 roku każdą zawijano w folię ręcznie.
  • Na stulecie marki Hershey’s Kisses firma pokazała gigantyczną czekoladkę ważącą 30 540 funtów (ok. 13,9 tony), odpowiednik ponad 3 milionów zwykłych.
  • Na inaugurację prezydenta Ronalda Reagana w 1981 roku wysłano do Waszyngtonu trzy i pół tony czerwonych, białych i niebieskich żelek Jelly Belly. Smak jagodowy opracowano w 1980 roku, żeby wśród żelek był też kolor niebieski z flagi.
  • Reagan zaczął jeść żelki w 1966 roku, gdy starał się o fotel gubernatora Kalifornii – pomagały mu rzucić palenie fajki.
  • Hawajczycy według danych producenta, firmy Hormel, zjadają prawie 7 milionów puszek mielonki Spam rocznie – w przeliczeniu na mieszkańca więcej niż w jakimkolwiek innym stanie. Moda zaczęła się w czasie II wojny światowej, gdy Spam, niewymagający lodówki, wysyłano żołnierzom na wyspy.
  • W 2001 roku senat stanu Utah przyjął stosunkiem głosów 25 do 3 rezolucję uznającą galaretkę Jell-O za ulubioną przekąskę stanu. Chwilę wcześniej Salt Lake City odebrało miastu Des Moines w Iowa tytuł miejsca, w którym zjada się najwięcej Jell-O na mieszkańca.
  • Napój w proszku Kool-Aid wymyślił w 1927 roku Edwin Perkins w Hastings w Nebrasce. Paczka kosztowała 10 centów, a w czasie Wielkiego Kryzysu cenę obniżono do 5 centów. Dziś Kool-Aid jest oficjalnym napojem stanu Nebraska.
  • Słynna krowa z masła na jarmarku Iowa State Fair, rzeźbiona od 1911 roku, waży około 600 funtów (ok. 270 kg). Według organizatorów wystarczyłoby jej na posmarowanie około 19 200 kromek, a przeciętny człowiek jadłby to masło przez dwa życia. Duża część masła jest używana ponownie nawet przez 10 lat.

Oficjalne źródła

Czy ten poradnik był pomocny?

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!


Dodaj komentarz

Zaloguj się aby uniknąć weryfikacji emaila przy każdym komentarzu, lub komentuj jako gość:

Komentarz może być moderowany przed publikacją.